„Naturalność wraca”. „Celebryci rozpuszczają wypełniacze”. Internet ogłasza koniec przerysowanych ust, „zrobionych” twarzy i epoki medycyny estetycznej. Tylko że w tym całym medialnym zamieszaniu umyka jeden szczegół: zabiegi estetyczne wcale nie znikają. Przeciwnie. Wchodzą właśnie w znacznie bardziej dojrzały etap, a ich popularność sięga zenitu.

To nie koniec.

To dopiero początek.

Początek podejścia, w którym estetyka przestaje oznaczać zmianę człowieka w „kanon”, a zaczyna oznaczać świadome zarządzanie procesami starzenia, jakością skóry, proporcjami twarzy i jej naturalną architekturą.

O tym, dlaczego naturalność nie oznacza rezygnacji z zabiegów, co naprawdę dzieje się z modą na rozpuszczanie ust i dlaczego przyszłość estetyki może być bardziej zaawansowana niż kiedykolwiek wcześniej, rozmawiamy z ekspertem.

Czy naprawdę obserwujemy koniec kosmetologii i medycyny estetycznej?

Nie. Obserwujemy koniec pewnego sposobu myślenia o estetyce. I bardzo dobrze.

Kiedy zabiegi estetyczne zaczęły trafiać do szerokiego odbiorcy, były czymś fascynującym. Otrzymaliśmy narzędzia, które pozwalały korygować proporcje, zmniejszać widoczność oznak starzenia, poprawiać kontur twarzy czy zwiększać objętość tkanek.

Przez lata panowała filozofia: skoro możemy coś poprawić, poprawmy to bardziej.

Większe usta. Mocniejsze kości policzkowe. Wyraźniejsza żuchwa. Większa objętość. Kolejna strzykawka. Kolejny zabieg. Dla wielu zainteresowanych zasada była prosta: im więcej, tym lepiej.

Prawda jest taka, że więcej nigdy nie oznacza lepiej.

I to właśnie jest największa zmiana.

Przez lata specjaliści mierzyli się z klientami, którzy chcieli zrobić wszystko. Tłumaczenie, że kolejny zabieg nie poprawi efektu, a może go wręcz zaburzyć, często było nieskuteczne. Klient szedł więc dalej, szukając kogoś, kto zamiast powiedzieć „nie”, po prostu spełni jego oczekiwania. A chętnych, by przedłożyć zarobek nad rozsądek, niestety nigdy nie brakowało.

Dziś coraz więcej osób rozumie, że zabiegi estetyczne nie mają służyć przebudowaniu twarzy według jednego kanonu. Ich rolą jest wydobyć to, co w danej twarzy najpiękniejsze, zachować jej charakter i poprawić proporcje bez odbierania indywidualności.

To chyba najważniejsza zmiana: od myślenia „zróbmy więcej” do pytania „co naprawdę warto zrobić, żeby nadal wyglądać jak ja?”

Dobra estetyka nie powinna być zbiorem przypadkowych zabiegów ani sprzedażą usług „na mililitry”. Powinna przypominać dobrze zaprojektowaną architekturę.

Czy „powrót do naturalności” oznacza rezygnację z zabiegów estetycznych?

I tutaj pojawia się jeden z największych paradoksów współczesnej estetyki.

Hasło „powrót do naturalności” jest prawdziwe, ale sposób, w jaki interpretuje je internet, już prawdziwy nie jest. Raczej ukrywa to, co niewygodne, a eksponuje to, co chwytliwe i zasięgowe.

W rzeczywistości naturalny wygląd nie oznacza braku zabiegów, a paradoksalnie może oznaczać coś odwrotnego.

Czy moda na naturalność zabija zabiegi estetyczne?

Przeciwnie.

Podnosi poprzeczkę.

Przerysowanie jest proste.

Powściągliwość wymaga większej wiedzy i doświadczenia.

Czy dlatego tak często słyszymy dziś o longevity?

Tak. Chociaż samo słowo longevity również zaczyna być nadużywane marketingowo.

W swoim rozsądnym znaczeniu ten kierunek zakłada odejście od desperackiego „odwracania wieku” na rzecz długofalowego dbania o kondycję organizmu i tkanek.

W estetyce przekłada się to między innymi na zainteresowanie:

  • jakością i funkcją skóry,
  • stymulacją procesów regeneracyjnych,
  • ochroną przed fotostarzeniem,
  • zachowaniem prawidłowych proporcji twarzy,
  • analizą zmian zachodzących wraz z wiekiem,
  • odpowiednim planowaniem zabiegów,
  • terapiami łączonymi,
  • profilaktyką zamiast późniejszego agresywnego korygowania zmian.

To znacznie bardziej dojrzałe podejście.

Nie pytamy już wyłącznie: „Jak usunąć zmarszczkę?”

Pytamy: „Dlaczego ta twarz zaczyna wyglądać na zmęczoną i jakie procesy za to odpowiadają?”

Czasami problemem rzeczywiście jest zmarszczka.

A czasami utrata podporowej tkanki tłuszczowej.

Innym razem zmiana napięcia skóry, przebudowa struktur głębokich, fotouszkodzenia, mimika albo proporcje.

Czy kwas hialuronowy i inne „stare” zabiegi odchodzą do lamusa?

Nie.

I to jest największy mit.

Nie wyrzuca się dobrego narzędzia tylko dlatego, że kiedyś ktoś używał go źle.

Zmienia się filozofia.

Dawniej często zaczynaliśmy od pytania: „Co możemy zrobić?”

Dzisiaj właściwsze pytanie brzmi: „Co rzeczywiście powinniśmy zrobić i czego nie robić?”

Umiejętność zrezygnowania z zabiegu bywa tak samo ważna jak umiejętność jego wykonania.

A co z powiększaniem ust? Przecież wiele osób, w tym celebryci, właśnie rozpuszcza wypełniacze

Tutaj najlepiej widać, jak bardzo medialny skrót potrafi wypaczyć rzeczywistość i stworzyć w opinii publicznej jej fałszywy obraz.

Tak, wiele osób decyduje się na rozpuszczenie wcześniej podanego kwasu hialuronowego, ale w zupełnie innym celu.

Zdanie: „Ludzie rozpuszczają usta, bo kończy się moda na powiększanie” jest chwytliwym kłamstwem, mocno zasięgowym, co często przekłada się również na monetyzację.

I właśnie tutaj internetowa narracja potrafi stać się wręcz komiczna.

W mediach społecznościowych pojawia się zdjęcie znanej osoby z podpisem: „Rozpuściłam usta. Wracam do natury.”

Internet natychmiast ogłasza śmierć wypełniaczy.

Kilka miesięcy później ta sama twarz nadal wygląda niezwykle harmonijnie, proporcje ust pozostają bardzo korzystne, kontur jest uporządkowany, a opinia publiczna interpretuje to jako triumf „naturalności”. Odbiorcy bezmyślnie ulegają nowej „modzie”, często z negatywnym skutkiem.

Tymczasem prawda leży zupełnie gdzie indziej.

Naturalny efekt i brak ingerencji to nie są synonimy.

I to należy zapamiętać! Bo przez medialne kłamstwa wielu młodych ludzi wpada w kompleksy i pułapki.

Czy celebryci kłamią, mówiąc, że wracają do naturalności?

Nie używałbym słowa „kłamią”, ale z pewnością często nadużywają tego określenia i wykorzystują je w konkretnym celu zasięgowym. Bez wątpienia istnieje dzisiaj ogromna wartość marketingowa słowa „naturalność”.

Jeszcze kilka lat temu atrakcyjne było publiczne przyznanie: „Zrobiłam sobie usta”.

Dzisiaj większy kapitał wizerunkowy można zdobyć, mówiąc: „Wszystko rozpuściłam. Wybieram siebie”.

Zmieniła się narracja.

Zmienił się przede wszystkim ideał efektu, a celebryci często, pod wpływem zasięgowego trendu na naturalność, rozpuszczają na przykład usta po to, żeby wymodelować je na nowo, ale już w innym stylu. W takim, w którym będą mogli publicznie nazwać się „naturalnymi”, a odbiorcy napiszą: „Pięknie, o wiele lepiej w tych naturalnych. Po co ci to było?”.

I tutaj należy sprecyzować: naprawa ust, korekta ust, zmiana techniki modelowania ust itd. To nie jest powrót do natury.

Czy media społecznościowe są odpowiedzialne za całe zamieszanie?

Bardzo.

Media społecznościowe mają szczególną zdolność zamieniania skomplikowanych zjawisk w dwa przeciwstawne slogany.

Najpierw: „Każdy powinien coś poprawić.”

Teraz: „Każdy powinien być naturalny.”

Oba komunikaty są intelektualnie równie ubogie.

Nie każdy potrzebuje zabiegu.

Nie każdy powinien również z niego rezygnować tylko dlatego, że zmienił się trend na TikToku.

Estetyka nie powinna działać jak kolekcja jesień-zima.

Twarz nie jest sezonowym dodatkiem.

Czy można powiedzieć, że kończy się era „Instagram Face”?

Branża, która miała podkreślać indywidualność, momentami zaczęła produkować klony. Te same usta, te same policzki, ta sama twarz.

Dziś celebryci nagle promują „naturalność”, bo moda ma to do siebie, że kiedy coś staje się masowe, trzeba znaleźć nowy sposób, żeby znowu się wyróżnić.

Tylko nie dajmy się nabrać na bajkę o wielkim powrocie do natury. Prawie nikt nie rezygnuje z zabiegów, zwłaszcza w świecie celebrytów. Zmienia się sposób ich wykonywania: mniej przerysowania, więcej dyskrecji, lepsze proporcje i efekt, który wygląda „naturalnie”.

A potem w mediach sprzedaje się zasięgową treść o „powrocie do naturalności”.

I na tym właśnie to polega.